- Pobierz link
- X
- Inne aplikacje
- Pobierz link
- X
- Inne aplikacje

W tym roku kolarstwo wróciło na Kaszuby - w dniach od 21 do 25 czerwca w Gdyni oraz gminie Krokowa rozgrywały się Mistrzostwa Polski w kolarstwie szosowym. Jak poradziły sobie gwiazdy peletonu? Czy możliwe jest, aby amatorzy byli szybsi od zawodowców startujących w najbardziej prestiżowych wyścigach? Kto nienawidzi kolarzy i chce im uprzykrzyć życie? Zapraszam na podsumowanie!
Tegoroczne zmagania o koszulkę w barwach narodowych rozpoczęły się od jazdy indywidualnej na czas wszystkich kategorii wiekowych. Trasa - inna jedynie dla juniorek - zawierała dwa większe podjazdy. Wśród elity kobiet najszybsza była Katarzyna Pawłowska, a w młodszej grupie wiekowej - U23 - błyszczała Alicja Ratajczak. Wyścig mężczyzn dostarczył wielu emocji. Ostatecznie koszulka z orłem będzie pojawiać się wszędzie tam, gdzie Michał Kwiatkowski, który odzyskał tytuł zdobyty trzy lata temu. Wtedy następnym krokiem było zwycięstwo w Ponferradzie, więc na tegorocznych mistrzostwach świata jako kibice musimy pchać wyjątkowo mocno!
Drugi dzień zmagań to wyścig ze startu wspólnego w kategoriach junior, juniorka i niewidomi i niedowidzący. Najszybszym juniorem w kraju został Adam Kuś, a juniorką - Marta Jaskulska. Wśród niewidomych i niedowidzących triumfowały duety Polak-Ładosz i Podkościelna-Tecław.
Dzień trzeci był bardzo ciekawy, ponieważ na starcie stanęli zawodnicy z grup U23 obu płci oraz elita kobiet. W Gdyni niestety nie pojawiła się obrończyni tytułu, Katarzyna Niewiadoma, która zbierała siły przed startem w wymagającym Giro Rosa. Koszulkę przejęła od niej Karolina Karasiewicz. Wśród młodszych kolarzy dominowali Daria Pikulik i Szymon Tracz.
Po zakończeniu nieco suchej części teoretyczno - sprawozdawczej pora przejść do tej o wiele przyjemniejszej dla mnie do pisania, mianowicie do niedzielnego wyścigu elity mężczyzn. Urywki z niego część z Was pewnie już widziała na snapie, wiecie też już, że musiałam wstać o jakiejś bardzo dziwnej, niewyobrażalnie wczesnej godzinie, aby na czas dostać się do Gdyni. Niestety przyjechałam na start dobrą godzinę po starcie, a więc przegapiłam w zasadzie jeden z najlepszych momentów na robienie zdjęć. Przez pierwsze dwie godziny podróży porządnie żałowałam tego, że w ogóle podniosłam się rano z łóżka - powiedzmy, że piąta rano to dla mnie środek nocy, dodajmy do tego, że jestem w trakcie sesji, a na dokładkę dorzućmy nową pracę - myślę, że wszystko jest już jasne. Na miejscu bez problemu - po znakach "zmiana organizacji ruchu, wyścigi kolarskie" - bez problemu znalazłam miasteczko zawodów, które na szybko obeszłam. Raz, potem drugi, piąty, dziesiąty, aż do znudzenia, bo czasu wolnego miałam zdecydowanie za dużo. Na szczęście przed śmiercią z nudów uratował mnie wjazd na metę kolarzy z Cyklo Gdyni, o której całkowicie zapomniałam. W międzyczasie śledziłam przebieg wyścigu zawodowców gdzieś w internecie i popijałam kawę, o dziwo w dość normalnej, typowo kawiarnianej cenie. Pogoda od początku była zmienna, ale nic nie zapowiadało tego, co działo się podczas rund elity po Gdyni. Jakoś pomiędzy 11 a 12 pojawiła się informacja o nieprzyjemnym wydarzeniu na trasie - samochód jadący pod prąd spowodował, że jeden z kolarzy musiał wycofać się z wyścigu. Już nawet mnie to nie zdziwiło...

Na trasie miała miejsce jeszcze jedna dość interesująca sytuacja. Cyklo Gdynia wyruszyła nieco później niż elita mężczyzn, jednak zawodowcy początkowo utrzymywali dość niskie tempo, a amatorzy - jak to amatorzy - nie patyczkowali się i koniec końców... Dogonili peleton zawodowców. Przymusowa neutralizacja ich wyścigu na pewno wpłynęła na końcowe wyniki, ale cóż... Bywa i tak, oby organizatorzy wyciągnęli wnioski.
Pogoda przez cały dzień była dość mocno zmienna, jednak nic nie zapowiadało tego, co zacznie się, gdy kolarze wjadą na rundy po Gdyni... Wyglądało to tak, jakby ktoś tam na górze stwierdził, że Gdynia jednak musi być częścią morza, więc należy ją zatopić, ewentualnie że bardzo, bardzo, BARDZO nie lubi kolarzy. Szczerze współczuję kolarzom - nie dość, że nie jedzie się dobrze w przemoczonych ubraniach i jest zimno, to jeszcze mokry bruk jest bardzo śliski. Na szczęście obyło się bez kraks, jednak po wykonaniu swoich zadań wielu kolarzy, którzy pełnili jedynie funkcję pomocników, wycofało się z dalszej rywalizacji. Na początku byłam dzielna, stwierdziłam, że warto trochę zmoknąć dla samej satysfakcji z kibicowania oraz kilku ładnych zdjęć (no i popatrzenia na te pięknie wytopione łydki), jednak im bardziej padało, tym szybciej do mojej głowy wracał rozsądek i w końcu schowałam się pod dach, bo chowanie aparatu pod kurtkę już nie wystarczało. I tak sobie padało, a panowie jechali...

Moim faworytem do tytułu Mistrza Polski pod koniec wyścigu był Emanuel Piaskowy. Poza nim w ucieczce byli też Rutkiewicz i Kurek. Ostatecznie to właśnie Adrian Kurek sięgnął po wygraną, choć wzbudziło to trochę kontrowersji - podobno przez dłuższy czas trzymał się za Piaskowym i Rutkiewiczem nie dając zmian, aby zaatakować, gdy ci byli już zmęczeni. Myślę, że nie nam to oceniać - wygrał to wygrał, na ch... drążyć ;). Jeśli chodzi o Rafała Majkę, to oczywistością było dla mnie to, że nie obroni tytułu - o wiele lepiej czuje się w górach, a trasa wyścigu była raczej płaska. Niektórzy mówią, że dobrze powinien na niej pojechać Alan Banaszek, jednak zawodnik CCC Sprandi Polkowice dojechał na metę jako siódmy ze stratą ponad ośmiu minut.
Świeżo upieczony mistrz - Adrian Kurek - zarówno na mecie, jak i na podium, podczas dekoracji, nie krył emocji. Oby biało - czerwona koszulka dumnie prezentowała się na wyścigach przez cały kolejny rok!
Kamila
Komentarze
Prześlij komentarz